en
Wstecz
Aktualności

Kulinarna Podróż z Winstonem - wywiad z Robertem Makłowiczem dla magazynu "Kocie sprawy"

11.05.2014 Kulinarna Podróż z Winstonem - wywiad z Robertem Makłowiczem dla magazynu "Kocie sprawy"

Katarzyna Pielak: Jakiego kota ma gotujący obieżyświat, ulubieniec wielu Polaków?
Robert Makłowicz: Brytyjczyka, który przypomina pluszowego misia o popielato-sino-stalowym, prawie srebrnym umaszczeniu. Ma okrągłe łapki i śliczne oczy, typowe dla kotów tej rasy. Winston, bo tak mu na imię, skończył już sześć i pół roku.

Katarzyna Pielak: Dlaczego Winston?
Robert Makłowicz: Po pierwsze, bo jest rasy brytyjskiej. Po drugie – ponieważ był bardzo cichy, gdy go kupiliśmy. Wcale się nie odzywał. Został kupiony w hodowli pod Krakowem i gdy wracaliśmy stamtąd z maleństwem, przełączyłem właśnie w radio na audycję skierowaną do mniejszości niemieckiej w Polsce – oczywiście była prowadzona po niemiecku. Maleństwo zaczęło wtedy po raz pierwszy strasznie miauczeć. Od razu skojarzyło mi się to z Churchillem. Tak właśnie Winston został Winstonem.

Katarzyna Pielak: Jakim towarzyszem jest Pana kot?
Robert Makłowicz: Podróżującym. Co roku wyjeżdżamy na dwa miesiące do Dalmacji i zabieramy ze sobą Winstona. Idealnie sprawdza się w podróży. Jeździmy tam samochodem, podróż trwa do 14 godzin, ponieważ to około 1300 km. Winstona umieszczamy w transporterku, a on nie wydaje ani jednego dźwięku, nawet gdy przejeżdżamy przez Austrię i w radio mówią po niemiecku.
Gdy jechaliśmy tam po raz pierwszy, kupiłem mu szeleczki, smycz i próbowałem go wyprowadzać w czasie postojów, jednak to mijało się z celem, bo przerażony czmychał do swojej klatki. Przez całą drogę odmawia jedzenia i picia. Wypuszczamy go więc dopiero na miejscu, a on najwyraźniej poznaje, że jest u siebie, i od razu czuje się rewelacyjnie. To jest już jego teren.
W Krakowie mieszkamy na drugim piętrze w starej kamienicy, więc Winston nie wychodzi na zewnątrz. Natomiast w Dalmacji, gdzie jest duży dom z ogrodem, może się wyszaleć. Trzyma się blisko domu i przepędza dzikie koty, których na miejscu nie brakuje. Jest tam panem i władcą.

Katarzyna Pielak: Czy nigdy nie zaginął, jeśli chodzi tam tak samopas?
Robert Makłowicz: Raz – w czasie pierwszego pobytu odbył walkę z miejscowym kotem, a potem zdawało nam się, że zaginął. Myślę jednak, że siedział ukryty pod pralką. W Dalmacji latem jest strasznie gorąco, a on ma bardzo dużo futra, więc w dzień najchętniej śpi w komórce z pralką, w pomieszczeniu, które jest najciemniejsze i najchłodniejsze w całym domu. A gdy słońce zachodzi, to wyłazi i zaczyna urzędowanie.

Katarzyna Pielak: Sprawia jakieś problemy?
Robert Makłowicz: Rozrabia czasami w nocy, jak to wszystkie koty, miauczy i biega. I tyle. Ponieważ uwielbia spać w naszych łóżkach, najczęściej awanturuje się wówczas, gdy ktoś zamknie drzwi do sypialni. Nie jest tak, że śpi tylko z nami, może więc mieć ochotę wejść też do sypialni syna. Dlatego nocą drzwi do każdej sypialni muszą być otwarte. Inaczej stoi pod nimi, wrzeszczy i skacze na klamkę.
Posiada również taki nawyk, że zawsze kładzie się na walizce, którą przygotowuję sobie do wyjazdu. Uwielbia włazić również do wszystkich toreb, tych najbardziej szeleszczących, więc gdy zostawimy niechcący jakąś torbę papierową, to w nocy nie da się spać. Włazi do niej i trzeszczy. Jak już mówiłem, wakacje spędza zawsze z nami. Posiada paszport, czip i wszystkie konieczne szczepienia.
Ogólnie jest bardzo grzecznym kotem, choć dobrze wie, czego chce. Odmawia na przykład picia wody z miseczki, no chyba że w razie największej konieczności. Pije wyłącznie wodę bieżącą. Sam daje znać, że chce pić, wskakując do umywalki lub czekając przy zlewie. Woda go fascynuje. Mamy dużą przezroczystą kabinę prysznicową i Winston uwielbiał kiedyś obserwować kąpiącą się osobę, śledzić strumień wody. Potem sam zaczął wskakiwać na umywalkę.

Katarzyna Pielak: Skoro tak bardzo lubi wodę, to równie chętnie się kąpie?
Robert Makłowicz: Nie, lubi jedynie leżeć w umywalce, kiedy jest sucha. Mamy wielką z dwoma kranami, wyleguje się więc w jednej części, ale gdy jest za dużo wody, to bardzo szybko czmycha.

Katarzyna Pielak: Czy jako wielbiciel gotowania, gotuje Pan także Winstonowi?
Robert Makłowicz: Nie, ze względu na przyjmowaną przez niego specjalną karmę – ma problemy z nerkami. To podobno typowa dolegliwość brytyjczyków.
Winston nie lubi ludzkiego jedzenia. Nawet świeżego mięsa nie chce jeść. Jak coś siekam, natychmiast podbiega i łapą zaczepia, ale jak mu się da, to raczej nie je. Trochę pomiędli i zostawi. Ryb też nie chce jeść. Winston stanowi chyba produkt przemysłowej cywilizacji. Trzęsie się na widok gryzaków, takich odkamieniaczy do zębów. Potrafi przegryźć się przez papier, żeby się do nich dostać. Gdy jeszcze jadł normalną karmę, suchą i mokrą, wybierał tylko najdroższe puszki z górnej półki.
Winston jest moim pierwszym kotem rasowym. Zawsze do tej pory miałem dachowce.

Katarzyna Pielak: Dlaczego więc zdecydował się Pan na kota właśnie rasy brytyjskiej?
Robert Makłowicz: Moi synowie strasznie chcieli maine coona. Bardzo przeciw temu protestowałem, bo oznaczałoby to przerażające kłaki w całym mieszkaniu i garderobie.
Miałem znajomą w Austrii, która posiadała dwa koty – nigdy takich kotów nie widziałem, były ogromne! Gdyby jeden z tych osobników położył się na stole, toby się na nim nie zmieścił. Były tak ciężkie i wielkie, że nie można było ich wziąć na ręce. A mieszkanie było kompletnie zakłaczone.
Gdy pojechaliśmy do hodowli, okazało się na szczęście, że są tam także brytyjczyki. One wydawały mi się milsze, bardziej pocieszne i bardzo charakterne.

Katarzyna Pielak: Czy Winston jest właśnie taki charakterny?
Robert Makłowicz: O tak! Nienawidzi, gdy bierze się go na ręce. Ale jak chce, żeby go popieścić, to sam przychodzi, zaczepia główką lub bezpazurkowo łapą. Ma swoje ulubione miejsca. Jest nim na przykład puf. Kiedyś miał fotel i gdy ktoś siadał na tym fotelu wieczorem, atakował go. Teraz awanturuje się i złości, gdy zajmuje mu się puf.
Potrafi dogadywać się z innymi zwierzętami, ale lubi dominować. Mimo że jest wykastrowany.
Kiedyś nie pojechał z nami do Dalmacji. Tuż przed wyjazdem wykryliśmy u niego problemy z nerkami, dodatkowo miał jakąś infekcję. Dostał antybiotyk. Ponieważ nie chcieliśmy, żeby podróż mu zaszkodziła, zostawiliśmy go w Krakowie pod opieką. Wówczas właśnie do domu wlazł dziki kot. Winston broniąc swego terytorium, nasikał do telewizyjnego dekodera. Potwornie śmierdziało i długo nie mogliśmy zlokalizować źródła smrodu, bo rzadko oglądamy telewizję w tym pomieszczeniu. Dopiero gdy okazało się, że telewizja nie działa, obejrzeliśmy dekoder i odkryliśmy, skąd dochodzi fetor. Ale mimo to jest bardzo grzeczny, niczego w domu nigdy nie zniszczył ani nie podrapał, nawet gdy był malutki. Ma zawsze drapak i musi to być jeden konkretny rodzaj, taki tradycyjny, najprostszy, sizalowy. Niczego innego drapać nie chce, na drapaczki nowoczesne patrzy z pogardą.

Katarzyna Pielak: Gdzie spotkał Pan najwięcej kotów podczas nagrywania podróży kulinarnych?
Robert Makłowicz: Cały świat jest pełen kotów. W krajach islamskich prawie nie widzi się psów, bo uważane są za zwierzęta nieczyste, natomiast kotów jest mnóstwo. Ogromna ich liczba jest w Tajlandii. Są to przepiękne koty syjamskie, bo Syjam to dawna nazwa Tajlandii. U nas zobaczyć syjamczyka to rarytas, a tam chodzą sobie samopas. Można je spotkać na stacjach benzynowych, przy sklepach, na parkingach. Podchodzą i łaszą się.
Wygląd kotów, przynajmniej tych wolnożyjących, zależy od rasy dominującej w danym miejscu, ale też od warunków atmosferycznych. W Dalmacji na przykład zwierzęta te bardzo różnią się od naszych dachowców. Tam jest gorąco, więc mają znacznie mniej futra, są krótsze, mają krótsze łapy i mniejsze pyszczki. W krajach nadmorskich jest dużo kotów, bo tam gdzie są ryby, tam są i koty.

Katarzyna Pielak: W jednym z odcinków „Podróże kulinarne Roberta Makłowicza” jeden z kotów towarzyszył Panu w trakcie gotowania.
Robert Makłowicz: To było w Tunezji, kot podjadał mi krewetki.

Katarzyna Pielak: Można powiedzieć, że Robert Makłowicz jest kociarzem?
Robert Makłowicz: Wychowywałem się wśród psów, w moim rodzinnym domu były wyłącznie boksery. Jednak nie można mieć psa, prowadząc nieregularny i wyjazdowy tryb życia. Od wielu lat mam więc koty, bo trudno żyć bez czworonożnego stworzenia w domu.
I uważam za nieprawdziwe twierdzenie, jakoby kot przywiązywał się głównie do miejsca. On przecież jest z nami, a nie z naszym mieszkaniem. Jest z nami albo to my jesteśmy z nim.

Katarzyna Pielak: Bardzo dziękuję za rozmowę.

Wywiad ukazał się w magazynie KOCIE SPRAWY Nr 134-135, Grudzień 2013/Styczeń 2014.

Galeria zdjęć

Sklep
Copyright © 2013 Robert Makłowicz All Rights Reserved.
Projekt graficzny, ilustracje: Andrzej Zaręba
Projekt UX i wdrożenie: ME & MY FRIENDS