en
Wstecz
Aktualności

Świąteczny wywiad z Robertem Makłowiczem

21.12.2014 Świąteczny wywiad z Robertem Makłowiczem

W numerze specjalnym, "pasterkowym" miesięcznika "W drodze" znajdziecie obszerny wywiad z Robertem, przeprowadzony przez Katarzynę Kolską i Romana Bieleckiego OP,  którego fragment zamieszczamy poniżej.

Magazyn będzie prezentem rozdawanym w szesnastu kościołach dominikańskich w całej Polsce, w nocy z 24/25 grudnia po Pasterce.
Każdy będzie móg pobrać bezpłatnie numer ze strony http://www.miesiecznik.wdrodze.pl/

 

Stylem opowiadania przypomina pan w programach Szwejka.
Dziękuję bardzo, ale chyba się obrażę. Przygody dobrego wojaka Szwejka to oczywiście fantastyczna książka. Ale nie zapominajmy, że pisał ją oficer polityczny Armii Czerwonej, który w sposób katastrofalny wpłynął na postrzeganie monarchii austro-węgierskiej. Nie było większego szkodnika, jeśli chodzi o pamięć historyczną tego okresu, niż niejaki Jaroslav Hašek. Historia jest ujmująco fenomenalna i śmieszna, bo to był zdolny człowiek. Niemniej jeśli już chcielibyście mnie porównać do jakiegoś autora, to wolałbym Bohumila Hrabala.

Czyli bardziej historia niż gotowanie…
Oczywiście. Kiedyś studiowałem historię i wszystko, co robię, związane jest z moimi zainteresowaniami historycznymi. Nie ma życia bez historii. Bardzo się nią interesuję. Tematy, którymi się zajmuję, są może jakoś poboczne, ale niezwykle ważne dla zrozumienia kultury danego kraju. Bo jeśli dla kogoś kuchnia jest wszystkim, to znaczy, że zwariował.

A kiedy pan w tej kuchni wylądował?
To było w czasach licealnych. Czytałem książki kucharskie, które były wtedy dostępne. Niewiele ich było, ale były.

Po co to nastolatkowi?
Dzięki temu przenosiłem się w inne miejsca. Za pomocą cudzoziemskich i mało znanych mi wtedy potraw zastanawiałem się, jak w tych obcych krajach może być. Wydawało mi się, że pewnie nigdy tam nie pojadę, więc w miarę możliwości odtwarzałem tamten świat. To było takie podróżowanie palcem po mapie.

Przez smak, który próbował pan wywołać?
Tak, bo już wtedy miałem poczucie mało komfortowego uwięzienia w masie chamstwa, szarości i okropieństwa, które u nas panowały.

Pamięta pan pierwszą potrawę, która tak się panu udała, że zawołał pan mamę i tatę, a oni się zachwycali: Jak ten nasz syn wspaniale ugotował?
Niestety, nie pamiętam, ale w liceum gotowałem dość regularnie.

Z książką kucharską w ręku i zgodnie z przepisem czy raczej pan eksperymentował?
Pewnie, że eksperymentowałem. Proszę pamiętać, że kiedy zdawałem maturę, był 1982 rok. W sklepach nic nie było. Rzadko można było ugotować coś zgodnie z przepisem. Ale miałem książkę Macieja Halbańskiego Potrawy z różnych stron świata. To była fantastyczna lektura, bo obok przepisów były tam jeszcze krótkie opisy okołokuchenne. Jako autor musiał się bardzo namęczyć, bo to był prawnik i ekonomista z Krakowa, a pisał o kulinariach, nie ruszając się z miejsca, tylko wertując książki w bibliotekach. Znał kilka języków, tyle tylko, że potem musiał to wszystko dopasowywać do PRL-owskich realiów. Jego książka była traktowana jak biblia, bo w niej obok przepisu na sos beszamelowy znajdowała się informacja, kim był ów Béchameil. Niezwykle mnie to fascynowało. Według jego przepisu często robiłem pory zapiekane w sosie mornay, bo do tego wystarczyło mieć pory, które zawsze były, a sos mornay to zwykły beszamel z serem. No a ser żółty też zawsze jakiś był, oczywiście nie gruyère czy ementaler...

…tylko taki amerykański z darów…
Ten amerykański koszmarnie psuł wygląd sosów ze względu na to, że był sztucznie farbowany.

A co było dalej?
W 1984 roku dostałem paszport, wyjechałem za granicę i wszystkie zarobione pieniądze wydawałem na miejscu, zamiast na przykład zbierać na upragnionego malucha. Będąc wówczas w Paryżu, nie miałem żadnej pewności, że jeszcze kiedykolwiek tam przyjadę. No a być w Paryżu i nie zjeść ostryg, i nie napić się szampana to wielki grzech, prawda? Kilka lat później szczęśliwie skończył się komunizm, a ja dzięki takim wyjazdom miałem jakieś doświadczenie i w przeciwieństwie do wielu osób wiedziałem, czym się różni curry madras od curry vindaloo, bo podczas pobytu w Londynie namiętnie chodziłem do wszystkich możliwych etnicznych knajpek.

Lubi pan dotykać i próbować potrawy rękami. Sztućce panu przeszkadzają?
Nawet małe dziecko, które potrafi samodzielnie jeść, wkłada łapy do talerza nie po to, żeby zrobić komuś na złość, tylko dlatego że w ten sposób poznaje konsystencję pewnych rzeczy. Sztućce to pewnego rodzaju cywilizacyjny gorset.

Sklep
Copyright © 2013 Robert Makłowicz All Rights Reserved.
Projekt graficzny, ilustracje: Andrzej Zaręba
Projekt UX i wdrożenie: ME & MY FRIENDS