en
Felietony
Wstecz

Wirtual.com.pl

01.05.2014

 

Nadchodzi kilka dni wolnych od pracy. Poza zajadaniem i piciem, ulubionymi zajęciami naszego rycerskiego narodu, nastąpi niechybnie czas wielkiej, powszechnej nudy. Co bowiem robić z takim nieoczekiwanym nadmiarem wolnego czasu? To wymarzona chwila na jaką czekali „operatorzy czasu wolnego” – wśród nich muzealnicy. Będą zbierać owoce wzmożonej frekwencji znudzonego siedzeniem w mieszkaniach społeczeństwa.

A polskie muzea to byty swoiste, niepowtarzalne. Ich charakterystyczną cechą na tle światowych trendów jest uporczywe dotrzymywanie kroku nowoczesności. W przedświątecznej kryptoreklamie muzeum żup solnych w Wieliczce pan dyrektor generalny czy też naczelnik (nigdy nie mogłem spamiętać wszystkich tytułów owych jaśnie ekscelencji przewodzących muzeom) tej wyjątkowej w skali europejskiej placówki zachęca do obejrzenia nowych, wirtualnych wystaw. Na idealnie gładkich płaszczyznach zakupionych po cenach promocyjnych ekranów, będzie można obejrzeć filmy o tym jak powstawało złoże na przykład. Jego ekscelencja tłumaczy, że tylko tak – plazmą i filmikiem - można do muzeów przyciągnąć młodzież. Inaczej – to jasne!- nasza latorośl za nic w świecie nie ruszy się z foteli. Wieliczka nie jest pierwsza.

Jak Polska długa i szeroka muzea wychodzą z zaklętego kręgu tradycyjnej nudy, opartej na banalnym kolekcjonerstwie. Zamiast męczyć się podróżując po aukcjach i denerwować się ryzykując zakup jakiejś podróbki (a mało to na świecie fałszerzy?) panowie muzealnicy polscy wybrali przyszłość. Oto muzeum lotnictwa polskiego zamiast mozolnie przywracać najstarsze samoloty do stanu świetności, zainwestowało publiczny grosz w perłę architektury betonowej naszpikowanej salami multimedialnymi i komputerami, bo przecież ważna jest młodzież!

W awangardzie postępu znajdują się Sukiennice, gdzie błądząc pośród resztek zawalonych kamieni (szumnie nazywanych przywróconym rynkiem średniowiecznym albo Krakowem zaginionym) można zapoznać się z najnowszymi trendami w produkcji filmów krótkich a nawet obejrzeć hologram! W muzeum AK jest możliwość wirtualnie postrzelać z rusznicy przeciwpancernej (za czasów mojej młodości chodziło się na Karmelicką do sali fliperów, żeby wirtualnie storpedować okręt na morzu, ale wtedy nikomu do głowy nie przyszło, żeby ogłaszać to ekspozycją muzealną…), muzeum Schindlera to właściwie sam czysty wirtual, a właściwie inscenizacja teatralna, gdzie nie bardzo wiadomo co jest autentykiem a co podróbką. I tak dalej i tak dalej. Co więcej – sposób finansowania polskich muzeów jest taki oto, że wymusza ten postępowy wybór przyszłości. Po prostu tworzenie kolekcji nie jest rozliczane. Koniec, kropka.

Jest to w dziedzinie muzealnej wielki, kopernikański wręcz przewrót. Dotychczas tworzenie muzeum wyglądało jak w czasach Izabeli Czartoryskiej – na początku bywał majątek, następnie przychodziła pasja, potem inwestycja w nieużyteczne przedmioty, nieuchronny konflikt z rodziną która wolałaby majątek spożytkować na coś sensowniejszego, na przykład wczasy w kasynie w Monte Carlo, a na koniec z kolekcji powstawało muzeum.

Dzięki temu, że tak było szpenie od wirtualu mogą dziś do woli szastać w mediach informacjami o dziele wielkiego Leonarda przedstawiającego panią Cecylię trzymającą w objęciach gryzonia.  Dzieło znajduje się przecież w Krakowie! Ale nie do końca. Durnowaci Amerykanie, zacofani i żyjący przeszłością, płacą nam kupę szmalu za możliwość obejrzenia prawdziwego (a może to kopia?) obrazu. Ale frajerzy!

Mogliby sobie łatwo ściągnąć z fejsbuka albo jakiegoś innego tłitera plik, nacisnąć copy – V i mieć to u siebie za darmo. U nich plazmy na pewno są tańsze. A na plazmie widać wszystko wyśmienicie, daleko lepiej niż w realu. Biedni Amerykanie – można o nich powiedzieć „cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie co posiadacie” – posiadają przecież super sprzęt audio a wolą oglądać jakieś starożytne badziewie. Ich strata, nasz zysk!   


Kadet Biegler

Andrzej Zaręba

Krakowianin, absolwent Wydziału Grafiki ASP w Krakowie, etatowy rysownik i ilustrator „Gazety w Krakowie” (krakowskiego dodatku Gazety Wyborczej).  Przede wszystkim znakomity artysta, baczny obserwator i ironiczny komentator.
Z zamierzchłych czasów początków „Gazety w Krakowie”, datuje się przyjaźń obu panów.  Być może niemały wpływ na jej ciągły charakter mają wspólne historyczne zainteresowania?  Znajomość zaowocowała długoterminową współpracą wydawniczą. Andrzej Zaręba oprawił swoimi ilustracjami następujące książki Roberta: „CK Kuchnia” „Zjeść Kraków” „Kalendarz znaleziony w brytfannie” a także najnowszą „Cafe Museum”.

Sklep
Copyright © 2013 Robert Makłowicz All Rights Reserved.
Projekt graficzny, ilustracje: Andrzej Zaręba
Projekt UX i wdrożenie: ME & MY FRIENDS