en
Felietony
Wstecz

DIABLOK PIOTRA BIKONTA dla początkujących i średniozaawansowanych cukrzyków (7)

25.11.2014 DIABLOK PIOTRA BIKONTA dla początkujących i średniozaawansowanych cukrzyków (7)

Od dawna bałem się tego etapu diety, a koszmar sławetnego efektu jojo prześladował mnie po nocach. No i rzeczywiście, kłopoty się pojawiły wkrótce po tym jak poluzowałem samodyscypolinę. Niby tylko troszeczkę, ale z konsekwencjami. Poluzowanie polegało na dopuszczeniu pewnej ilości pieczywa żytniego, okazjonalnie także ziemniaków (najlepiej bez dodatków), drobne powiększenie ilości tłuszczu w posiłkach (w ogóle wydaje się ważne, aby nie przesadzić w ograniczaniu tłuszczu, zwłaszcza tzw. dobrego tłuszczu) i zwiększenie dopuszczalnej częstotliwości sytuacji wyjątkowych. W tym ostatnim chodzi o specjalne proszone obiady lub kolacje, na które wybierając się dietę zostawiam na ten jeden wieczór w domu, choć zabieram ze sobą umiar. No i – przez letnie miesiące wróciło mi 10 kilo czyli jedna czwarta wcześniejszego sukcesu. Niedawno przykręciłem śrubę – przede wszystkim koniec z ziemniakami! - dzięki czemu zredukowałem się o trzy kilo i mam nadzieję na dalsze postępy. Zaczynam nawet przymierzać się do pokręcenia nogami na stacjonalnym rowerku przed telewizorem. To ostatnie świadczyłoby o rewolucyjnym przełomie w moim trybie życia codziennego. No, zobaczymy.

Tymczasem przejdźmy do rzeczy przyjemnych, czyli do „co by tu pysznego sobie (a jeszcze lepiej sobie i innym, a jeszcze jeszcze lepiej razem z innymi) przyrządzić”.
Od kiedy zdecydowane ograniczenie tłuszczu, mąki i ziemniaków sprawiło, że główną rolę w mojej diecie odgrywają  jarzyny, zacząłem zwracać znacznie wiekszą uwagę na ich sezonowość. To znaczy, oczywiście, zawsze wiedziałem, że w sezonie warzywa i owoce są lepsze, niż poza nim, tylko teraz zacząłem to dużo silniej odczuwać. Każda roślina ma swój okres świetności – jedne krótszy, inne dłuższy, ale jakoś tak to jest urządzone, że każda jarzyna ma sezon na miarę swojej zjadliwości, to znaczy, ten okres się kończy zwykle akurat wtedy, kiedy nabieram uczucia przesytu. I wtedy przerzucam się na to, czego czas akturat nastał. Teraz jest m.in. czas dyni. Spośród licznej i bogato rozgałęzionej rodziny dyniowatych pragnę zwrócić uwagę Szanownych Czytelników na dynię makaronową.
Wyjątkowość tej właśnie odmiany polega na tym, że po upieczeniu lub ugotowaniu jej miąższ nabiera kształtu i konsystencji właśnie makaronu. Naczytałem się o niej najpierw, przy czym szczególnie zaintrygowały mnie zapewnienia rozmaitych anglojęzycznych blogerów/ek, że ów miąższ znakomicie zastępuje prawdziwe ale niezdrowe spaghetti i że można go z powodzeniem podawać z  sosem bolognese, puttanesca, czy jak tam kto sobie zakazane dziś pasta ulubił. Co więcej, w języku  angielskim dynia ta nosi jeszcze bardziej sugestywne nazwy: spaghetti squash, vegatable spaghetti, squaghetti.
A dlaczego ja tutaj, na DIABLOKU opisuję jakąś dynię, skoro dynia ma indeks glikemiczny 75 czyli wysoki?! Otóż trzeba tu wprowadzić pojęcie ŁADUNKU GLIKEMICZNEGO, jako pojęcia bardziej miarodajnego w kwestii zdrowe-niezdrowe, niż indeks, który odnosi się do zawartych w produkcie węglowodanów, a ich w dyni jest ich tylko ok. 10%. Reszta to sama woda. No i bardzo mało kalorii. Z pożytecznych składników warto wymienić kwas foliowy, potas, żelazo, witaminę A i beta-karoten. Czyli dynię diabetykom nie tylko wolno, ale wręcz należy. Zresztą przepisy na makaronową znajdowałem m.in. na amerykańskiej stronie znanego profesora diabetologa (m.in. jako zamiennik makaronu w wegańskiej wersji tajskiego pad thai).
Trochę trudno ją w Polsce kupić. Jest mało znana. Pochodzi z Ameryki, jak wszystkie gatunki dyni, ale z powodzeniem daje się hodować w Polsce. Zdarza się, że sklep czy stoisko z jarzynami ma takie dynie na półce, tylko nie wie, że tak ona się nazywa, ani że ma takie swoiste własciwości. Ale oto niedawno moja żona Mireczka kupiła dynię makaronową, oferowaną pod jej właściwą nazwą, w hali targowej na Placu Barlickiego w Łodzi. Była stosunkowo nieduża, nieco podłużnawa, bladożółta z wierzchu, umiarkowanie pomarańczowa w środku.

Przekroiliśmy dynię wzdłuż na dwie połowy, oczyściliśmy z pestek i wstawiliśmy do piekarnika (180 stopni) na trzy kwadranse. Po wyjęciu faktycznie – ruszony widelcem miąższ kruszył się na długie, wąskie paseczki. W smaku delikatny, nie do końca dyniowaty. Mirka wymieszała część miąższu z przygotowanym  wcześniej sosem bolognese (z mielonego indyka, bez oliwy). Było to bardzo fajne, ale jednak z prawdziwym pasta miało to wspólnego niewiele.
O ile jednak padł był mit o zastępowalności spaghetti dynią makaronowa, to jednak okazało się, że ona sama jest w kuchni godna najwyższej uwagi. Świetnie nadaje się do sałatek, ale bodaj najlepiej do zup. znakomicie wypada w charakterze wkładki do rosołu (rzecz jasna chudziutkiego, nagotowanego na indyczej piersi) i tu faktycznie, w jakimś stopniu zastępuje makaron.

Najbardziej wszelako spodobała się nam jako składnik kwaśnej zupy, którą przy tej okazji wymyśliliśmy.

dyniowy rassolnik

1,5 litra wywaru warzywnego
pół dyni makaronowej
300 g ogórków kiszonych
50 g zielonych oliwek
50 g czarnych oliwek
2 ząbki czosnku
1 ostra papryczka (lub wg upodobania)
kawałek imbiru wielkosci kciuka
sól
sok z limonki
natka kolendry

Dynię kroimy wzdłuż na pół i usuwamy pestki. Wkładamy do piekarnika (180 st.) na 40-45 minut. Ogórki obieramy ze skóry i kroimy w plasterki. Oliwki także kroimy w plasterki. Podobnie papryczkę (jeśli chcemy mniej ostro, to usuwamy pestki). Wszystko to zalewamy wywarem warzywnym i stawiamy na ogniu. Po 10 minutach od zagotowania dorzucamy Imbir i czosnek pokrojone w drobniutkie słupki. Z upieczonej dyni wyjmujemy widelcem makaronowaty miąższ i dodajemy do zupy. Na koniec doprawiamy solą i sokiem zlimonki oraz posypujemy zupę posiekaną kolendrą.

Galeria zdjęć

Bikont

Piotr Bikont

Polski reżyser, dziennikarz i publicysta; działacz opozycji w PRL; krytyk kulinarny. Od 1989 do 2001 był dziennikarzem "Gazety Wyborczej".

Z Robertem stworzył duet publicystów kulinarnych, publikujący w tygodniku Wprost, a następnie w Newsweek Polska. Razem z Makłowiczem wydał książki: Listy pieczętowane sosem, czyli gdzie karmią najlepiej w Polsce. Przewodnik  (2001),  Dialogi języka z podniebieniem  (2003), Stół z Niepowyłamywanymi Nogami  (2007), a samodzielnie: Polska na widelcu  (2005), Polska. Nawigator kulinarny  (2007),  Kuchnia żydowska według Balbiny Przepiórko  (2011).

Sklep
Copyright © 2013 Robert Makłowicz All Rights Reserved.
Projekt graficzny, ilustracje: Andrzej Zaręba
Projekt UX i wdrożenie: ME & MY FRIENDS