en
Felietony
Wstecz

Chorwacja moja miłość

06.12.2014 Chorwacja moja miłość

 

Piotrusiu,

Piszę do Ciebie z entuzjazmem wielkim, bo już od dawna nie praktykowaliśmy publicznej epistolografii. Wspomniany entuzjazm wywołuje również temat, jaki chciałem poruszyć, gdyż jest mi on drogi nad wyraz, a dotyczy nie tylko mej skromnej osoby, lecz również, a raczej przede wszystkim setek tysięcy naszych rodaków. Chodzi mi o Chorwację. I fakt, że w kolejną kanikułę tłumy ogromne znów ruszą znad Wisły nad Adriatyk. Co im doradzić, by spędzili bezapelacyjnie najwspanialsze wakacje swego życia?

Pamiętam świetnie me pierwsze dalmatyńskie zauroczenie. To było piętnaście lat temu, od tego czasu w każde lato, z jednym niechlubnym wyjątkiem, ciągnę nad Adrię. Tak, to miłość, ale właśnie ona sprawiła, że ma sytuacja jest dziś nieco inna, niż zdecydowanej większości letników z Polski. Znalazłem swój dalmatyński azyl, swe prywatne miejsce, przyjaciół, drugi dom, który ma wszelkie szanse, by kiedyś stać się domem pierwszym. Zatem nie szukam późną zimą ofert apartamentów, campingów lub hoteli, nie mam dylematów: Istria, Dalmacja, a może Kvarner; nie mam w ogóle rozterek żadnych, po prostu gnam na Pelješac, zresztą nie tylko w tak zwanym sezonie. Ale to ja, a przecież nie wyłącznie o sobie chciałem tu pisać, lecz przede wszystkim podpowiedzieć coś tym wszystkim, którzy myślą o Chorwacji jedynie w kontekście urlopu, a nie uzyskania statusu chorwackiego rezydenta.

Chyba w każdym narodzie najliczniejsza jest kategoria wczasowiczów, którzy najchętniej jeżdżą tam, gdzie przyjechało już mnóstwo innych. Tu sprawa jest prosta: Riwiera Makarska, Dubrownik, Pula, Hvar, Bol, Trogir, Vodice, Opatija, Umag - oto chorwackie Sopoty czy też Międzyzdroje. Bary na plażach, dyskoteki, leżaki, parasole, kosmopolityczna ciżba - wszystko, co tylu kocha, a czego Ty i ja staramy się unikać. Byłem tam wszędzie i chętnie wrócę, wszakże jedynie poza sezonem. A co w nim?

Żaden inny kraj europejski nie ma tak wspaniale urozmaiconego wybrzeża, wysp tylu, zarówno dużych, jak i całkiem maciupkich, zatok wspaniałych, siół maleńkich, w których hotelu nie uświadczysz, lecz masz apartamenty, czyli fragment miejscowego domostwa, oddawanego latem przybywającym gościom. Są i latarnie morskie, leżące często na wysepkach bezludnych, gdzie spędzisz czas niczym Robinson Cruzoe, przywożą Cię tam łódką razem z zaopatrzeniem, a potem przypływają by Cię zabrać, gdy czas pobytu się kończy. Od dwóch lat oglądam też Chorwację od strony wody, bowiem wraz z przyjaciółmi, mającymi stosowne żeglarskie patenty, wynajmujemy katamaran i pływamy zawijając w miejsca, o których świat masowej turystyki zdaje się nie pamiętać. Mój Boże, jakie to cudowne doświadczenie! Lastovo na przykład, najbliżej Włoch leżąca kroacka wyspa, ze względów strategicznych niedostępna w czasach Jugosławii, niebywały zupełnie śródziemnomorski mikrokosmos. Albo Brač od strony otwartego morza, pełen skalnych jam, dawnych bunkrów, w których stacjonowały niegdyś jugosłowiańskie kontrtorpedowce lub okręty podwodne, w których to jamach dziś latem mieszkają rybacy, chętnie dzielący się z każdym przybyszem - a zwłaszcza przybyszem z Polski - miejscem do cumowania, świeżą rybą i domową rakiją. Knajpy na wysepkach wielkości kry, zaopatrzone w agregat prądotwórczy, zapas domowej oliwy, wina i rakiji, podające to tylko, co akurat udało się złowić szefowi kuchni - to są dopiero cuda, za którymi tęsknię, fantasmagorie niemal, których już prawie nigdzie w Europie nie uświadczysz. 

Takie właśnie doświadczenia polecam zarówno Tobie, jak i tym wszystkim, którzy wolą przygodę od leżenia na plaży. Korzystając z okazji spieszę też Ci donieść, że kończę pisać książkę, poświęconą dalmatyńskiej kuchni. Kiedy skończę, nie wiem jeszcze, ale dumny jestem, bo udało mi się zebrać mnóstwo tradycyjnych przepisów, często zapomnianych w swym mateczniku, więc i kompletnie nieznanych poza nim. Jeden z nich załączam. Dobar tek!

Kokoš s umakom od srdela (Kura w sosie z solonymi sardynkami)
Klasyczny i bardzo stary dalmatyński przepis z czasów, gdy ludzkość jeszcze nie znała brojlerów, zatem trzymając sie oryginału najlepiej użyć kury wiejskiej, a nie przemysłowego kurczaka. W Dalmacji solą konserwuje się małe rybki, sardynki i sardele (anchois). Do Polski solone sardynki nie docierają, ale w naszych warunkach z powodzeniem możemy je zastąpić filecikami z anchois, wszakże pod warunkiem, że użyjemy prawdziwych anchois, czyli zrobionych z sardeli, a nie tzw. anchois helskich, które przygotowuje się z marynowanych korzennie szprotek, gdyż mają one zupełnie inny smak.

Kokoš s umakom od srdela (Kura w sosie z solonymi sardynkami)

1 kura, najlepiej wolnowybiegowa
1 pęczek jarzyn do rosołu
2 liście laurowe
1 gałązka rozmarynu
8 łyżek oliwy z pierwszego tłoczenia
1 duża biała cebula
1 pęczek natki pietruszki
6-8 filecików solonych sardynek lub anchois
1 łyżka marynowanych kaparów
1 łyżka octu winnego
sól

W garnku zagotować wodę z jarzynami rosołowymi, liśćmi laurowymi i rozmarynem, włożyć natartą solą kurę i gotować na małym ogniu ok. 1 1/2 godz., aż kura całkowicie zmięknie, wyjąć ją i pokroić na kawałki, zdejmując skórę. Wymieszać oliwę z octem, drobno posiekanymi kaparami, pietruszką, cebulą i solonymi rybami, jeszcze ciepłą kurę zalać sosem, odstawić na godzinę w chłodne miejsce, podawać z ziemniakami gotowanymi w mundurkach. 

Robert Makłowicz

 

Zobacz odpowiedź Piotra:
http://www.maklowicz.pl/pl/felietony/piotr-bikont/to-najlepszy-czas-do-planowania-letnich-wakacji

 

Galeria zdjęć

Odc-1-rob-na-tle-trzciny-3

Robert Makłowicz

Sklep
Copyright © 2013 Robert Makłowicz All Rights Reserved.
Projekt graficzny, ilustracje: Andrzej Zaręba
Projekt UX i wdrożenie: ME & MY FRIENDS