en
Felietony
Wstecz

Wielka radość w Mikulovie

26.08.2014 Wielka radość w Mikulovie

 

Przydrożne jedzenie w Czechach nie rozpieszcza, delikatnie mówiąc. Jeśli zatrzymujemy się w miejscu przypadkowym i całkowicie nieznanym, prawie bez pudła nakarmieni zostaniemy smażonym, panierowanym serem z gotowej mrożonki, podanym z mrożonymi frytkami i sosem tatarskim z saszetki, gulaszem składającym się z kilku kawałeczków mięsa i mnóstwa zaklajstrowanego mąką sosu czy też czosnkowej polewki, będącej połączeniem rosołu z kostki, zgniecionego czosnku i przetłuszczonych grzanek. Tak jednak wcale być nie musi, gdy miejsca na popas wybiera się staranniej, słuchając tych, co gdzieś tam odkryli lokale polecenia godne.

Tuż przed wakacjami kręciliśmy programy na Morawach (emisja jesienią), to jednak zupełnie inna bajka, nie poruszaliśmy się przecież wyłącznie wzdłuż głównych traktów i wyławiali jedzeniowo-winne perełki, w jakie Morawy obfitują. Tu chodzi o gastronomię wyłącznie przydrożną, która również u nas nastawiona jest jakże często na klienta przypadkowego, takiego, co zatrzymuje automobil w desperacji, bo już z głodu nie może wytrzymać, a niczego wcześniej nie zaplanował. Zje, nie wróci więcej, pojawi się inny.

Ostatnio gnałem do Krakowa z Dalmacji, a choć w głowie miałem różne adresy przydatne, to żaden z nich nie leżał wystarczająco blisko głównej drogi z Wiednia w stronę Brna czy Ołomuńca. Spieszyłem się, nie miałem czasu na celebrację, chciałem tylko zjeść godnie. I wówczas przypomniałem sobie dobrą radę przyjaciół: w Mikulovie najlepiej zjeść w restauracji hotelu Galant.

To nie jest przy samej głównej drodze, a jakieś pięć minut od niej. Jadąc od Wiednia na pierwszym rondzie w miasteczku, przy którym stoi supermarket Billa, należy skręcić w prawo i jechać cały czas do góry głównymi ulicami, aż zobaczymy hotel. Mają tam duży taras z widokiem na Kalwarię, doskonały wybór własnych win (lokal należy do firmy winiarskiej), a przede wszystkim tradycyjne jedzenie w nowoczesnej szacie, doskonałe, jak się okazało. Próbowałem morawskiego kapuśniaka, wspaniale paprykowanego i zaprawionego kwaśną śmietaną, z kopczykiem ziemniaczanego puree obłożonego nakminkowaną kiszoną kapustą, a jego okazałość wieńczyły plastry podsmażonej paprykowanej kiełbasy w madziarskim stylu. Próbowałem też czosnkowej polewki, czyli esencjonalnego wołowego bulionu z posiekanym czosnkiem, suchymi idealnie grzankami z ciemnego chleba i kawałeczkami praskiej szynki. Obie zupy dobre były, jak jasny gwint, wręcz wzniosłe, prawdziwa istota środkowoeuropejskiej przyjemności. Nie gorsze wrażenie robił wienerschnitzel, cielęcy, wielki, cienki wprawdzie, ale doskonale chrupiący, z panierką złotą i nie nasiąkniętą tłuszczem. Do niego kapitalna sałatka ziemniaczana, nie zamordowana octem, jak to często w Austrii i Niemczech czynią, z ziemniaków naprawdę sałatkowych, czyli po ugotowaniu jędrnych, przeplatana kawałeczkami czerwonej cebuli i korniszonami. Po takiej feeri żarcia miałem już dość, zwłaszcza że jako szofer nawet kieliszkiem wina nie mogłem go popchnąć, jako że w Republice Czeskiej obowiązuje zerowy limit alkoholu we krwi, ale skusiłem się jeszcze na kilka kęsów. Jakże nie, skoro na stole stała też kaczka konfitowana w kaczym smalcu, podana wraz ziemniaczanymi kluseczkami, wdzięcznie przesmażonymi razem z kiszoną kapustą na tymże smalcu.

Na koniec było wzorowe espresso i błoga świadomość, że w początkach września znów będę jechał tą trasą. Jedyne, co muszę zrobić, to zapamiętać, że tym razem na rondzie w Mikulovie skręcić trzeba w lewo.

 

 

Odc-1-rob-na-tle-trzciny-3

Robert Makłowicz

Sklep
Copyright © 2013 Robert Makłowicz All Rights Reserved.
Projekt graficzny, ilustracje: Andrzej Zaręba
Projekt UX i wdrożenie: ME & MY FRIENDS