en
Wstecz
Książki

Czy wierzyć platynowym blondynkom?

Czy wierzyć platynowym blondynkom?

Zbiór najlepszych, najśmieszniejszych i zdumiewająco plastycznych opisów kulinarnych, jest polecany jako rekwizyt podczas terapii śmiechem. Tylko najzacieklejsi wyznawcy depresji zachowają na twarzy kamienną maskę.

Książka cieszy młodzieńczymi wspomnieniami Roberta (lekko pikantnymi) o mięsie drugiej świeżości i o własnych wąsikach, zawiera porady dorosłego pana Roberta na czas prohibicji, zatrucia lub bólu zębów.

Autor przez dziesięć lat opisywał restauracje i bary (a przynajmniej za takie chcące uchodzić) w krakowskim "Co jest grane", i to naprawdę strata, że tych tekstów dotąd nie znali czytelnicy całej Polski.

Wydawca opatrzył dzieło, gotowymi do cytowania powiedzonkami zwanymi tu bon apetitami. 


Z rozdziału: Trochę komedia, lecz bardziej tragedia.

Z pazurem w przełyku.

Czasem wyobrażam sobie nieprzyjemne rzeczy, które tylko teoretycznie mogłyby mnie spotkać, że na przykład mam w lodówce wyłącznie mrożoną fasolkę po bretońsku z bloku albo że żona przyłapała mnie w motelu „Kosynier” z solistą krakowskiej operetki. Od dziś do listy tej dołączam realną przykrość – jedzenie w restauracji „Złoty Pazur”.

Rzeczony lokal mieści się przy ulicy Mackiewicza, prawie naprzeciw Billi, a powiedziała mi o nim ma dobra mama, wstrząśnięta tym, że podano jej tam łazanki z kapustą zagrzane we wrzącej wodzie (tak jest, gotowe łazanki z kapustą wrzucono bezpośrednio do garnka z wrzątkiem w celu ogrzania!), a następnie odcedzone.

Pognałem więc do „Pazura”. Czarno-zielone wnętrze udanie zdobią lustra, zegar z napisem „łazienka” (po angielsku), naklejka z kopulującymi króliczkami i półki pełne najnowszych zdobyczy chemii zamkniętych we flaszkach z naklejkami „Cin-cin” lub „Dorato”. Poprosiłem najpierw o barszcz z uszkami. Miał kolor landrynkowy i smak torebkowego ersatzu, a w gamie doznań niesionych przez uszka dominowało surowawe ciasto. Kleistej mazi ze środka nie próbowałem nazbyt natarczywie, bo są jednak sprawy na tym świecie, których zwyczajnie się lękam.

Pomimo jakże miłej obecności w wywieszonej karcie dania pod tytułem „bryzol z pieczarkami” wybrałem na drugie antrykot. Wybrałem go, wiedząc świetnie, że pochodząca z francuskiego nazwa „antrykot” oznacza wołowinę z kośćmi żebrowymi, umiejscowionymi w tuszy pomiędzy rostbefem a karkówką. O tym nie wie jednak kierownictwo i kucharze (?) z „Pazura”, bo przyniesiono mi panierowany kotlet z piersi kurczaka. Ułożono go tak zręcznie, że spalona strona przylegała do talerza. W ustach gorzkość przypalonej bułki walczyła o o prymat z przyprawą do zup, którą obficie posypano mięso, a dodać trzeba, że nie była to vegeta, lecz któryś z jej tańszych, krajowych odpowiedników, zwanych pieszczotliwie „warzywami”.

Na deser wybrałem pół porcji knedli ze śliwkami. Ciasto przesolone, grube jak czeskie kulomiotki i tak kleiste, że z trzech knedli, które dostałem, śmiało można by ulepić szachy dla wszystkich pensjonariuszy Montelupich. Wypiłem jeszcze wodę mineralną. Na rachunku, który mi wystawiono, widnieje suma 20 zł i 50 gr oraz słowo „konsumcja". Bardzo słusznie, bo konsumpcja to z pewnością nie była.

 

Robert Makłowicz

wydawca: ZNAK
data wydania: 2004
liczba stron: 228
oprawa: miękka
format książki: 145 x 205
cena: 29 zł

 

 

Sklep
Copyright © 2013 Robert Makłowicz All Rights Reserved.
Projekt graficzny, ilustracje: Andrzej Zaręba
Projekt UX i wdrożenie: ME & MY FRIENDS