en
Wstecz
Książki

Zjeść Kraków. Przewodnik subiektywny

Zjeść Kraków. Przewodnik subiektywny

Chodzą słuchy. że ta książka jest napisana dla przyjaciół i znajomych szanownych autorów. Ha! Więcej! Mówią na mieście, że jest jeszcze gorzej, że panowie Makłowicz i Mancewicz napisali ją wyłącznie dla siebie! A jedyny dobry powód aby książkę tę trzeba było mieć w domu, to tylko i wyłącznie jako curiosum, i jako znak zwyrodnienia autorów, nie liczących się z ogólnym zapotrzebowaniem.

Autorzy przelatują nad Krakowem z wykorzystaniem zeppelina typu miękkiego, opowiadając o krakowskich lokalach i tajemniczych zaułkach, imaginując, jakoby Kraków pełen był duchów przeszłości i ciągle inspirował nienawykłych do jego piękna przybyszy. Co osobiście widział i narysował Andrzej Zaręba.

Książka dla tych, którzy mają już dosyć pospolitych przewodników nie oddających atmosfery miasta. Karty książki pełne są notek o sławnych, którzy niegdyś dłużej lub krócej w Krakowie bawili, i temu, co z tego wynikło. A osobna akwarelowa mapka, pomaga odnaleźć miejsca, warte odwiedzenia.

ROZDZIAŁ 1

   W którym autorzy wchodzą do swojej ulubionej restauracji. Pojawia się, choć tylko na moment, kobieta w granatowym fartuchu i Pan Franciszek, nasz cicerone. Dla szczególnie zainteresowanych - kilka słów o krakowskiej szkole kelnerskiej.

  To było jak rytuał, choć nie miało żadnych cech bizantyjskiej celebry ani jakiejkolwiek pompy. Po tylu latach praktykowania stało się dla nas tak samo naturalne jak mycie głowy, coroczne pielgrzymki do Egeru czy też niechęć do telewizyjnych teleturniejów. Codziennie, z wyjątkiem sobót, niedziel i świąt, w godzinach wczesnopopołudniowych przemierzaliśmy wokół plac Rynku Głównego. Oglądaliśmy nowe szyldy i stroje kobiet, czasem nawet zaglądaliśmy im w twarze, od razu wstydząc się własnej śmiałości. Niezależnie od okoliczności przechadzki, jej cel był jeden. Po kilku lub kilkudziesięciu minutach, bo czas przejścia Rynku w Krakowie zależny jest od liczby spotkanych znajomych, dochodziliśmy do restauracji. Tej samej od wielu lat.

Wejście wprost z Rynku. Po prawej szatnia, na lewo schodki. Pusto. Z daleka, chyba z kuchni, słychać nawoływanie i szczęk noży. Przez salę przebiega kobieta w granatowym fartuchu. Pusto. Chyba nieczynne, nie, może czynne. Stuknęły drzwi, ktoś mocując się z parasolem, wszedł za nami. Nie, to nie gość, to chyba spóźniony pracownik. Pomknął truchtem w kierunku drzwi z napisem "Wejście służbowe".

- Panowie już są? Więc zaczynamy? - to kelnerka dopinająca fartuch wychyla się przez okienko służące do podawania talerzy. - Chwileczkę, z powodu tego wiatru nie przyszli jeszcze wszyscy, ale niech panowie siadają, bardzo proszę. Zaraz ktoś się panami zajmie.

  Siadamy. Milczymy. Nie jesteśmy głodni, jesteśmy smutni i sami, sami w ogromnej sali, przy czteroosobowym stole. Półmrok. Zegarek. Jeszcze pięć minut... jeszcze cztery. Komuś gdzieś spadł talerz, ktoś grubym głosem kogoś zbeształ. Gdzieś za oknem, całkiem blisko, hejnalista odtrąbia swoją cogodzinną melodyjkę. Jeszcze minuta i... Już.

- Zaczynamy? Tak? - pyta znów, w już zapiętym fartuchu, wychylona przez okienko kobieta, zgodnie z miejscowym obyczajem językowym kładąc akcent na ostatnią sylabę. Ma czerwone usta. Kiwamy głowami. Odwraca się i gdzieś w głąb woła: - Przyszli! Siedzą! Jest ich, jak zawsze, dwóch. Tak jak zapowiadali, są smutni! Nic nie mówią. Zaczynamy!

  Żyrandol nad stołem zapala się żółtawo. Zza kotary wychodzi kelner. To starszy pan o twarzy zmumifikowanej latami pracy w dymie żarzącego się tytoniu. Już mamy w rękach jadłospisy, już nie jesteśmy sami.

- Od czego zaczynamy? Od kromeczki weki? - ober nachyla się nad nami matczynie i troskliwie, bez tej charakterystycznej uniżoności, która lokuje szlachetny przecież zawód kelnerski na samym dnie społecznej hierarchii.

Patrzymy prosto w siwe oczy, tak typowe dla synów Zwierzyńca. Dzielnica ta od wieków rodziła przeważnie murarzy, mlaskotów lub lajkoników, lecz Pan Franciszek wywodzi się ze starego rodu kelnerskiego. Jego dziadek jako starszy kelner bił po pysku w "Grandzie" pikolaka Tadeusza Kurtykę, znanego lepiej jako Henryk Worcell, a ojciec płakał, gdy upaństwawiano "Hawełkę", i do końca odmawiał włożenia ortopedycznych sandałów - przydzielonych kelnerom w całym kraju z centralnego rozdzielnika - upierając się przy przedwojennych lakierkach od Baty. Pan Franciszek jest wysoki, twarz ma rzeczywiście pergaminowo żółtą, przedziałek na środku głowy dzieli na pół czarne, natłuszczone bułgarską pomadą różaną owłosienie.

- Wieje jak jasny gwint - mówi - to chyba halny i dlatego panowie redaktorzy są smutni. To co, po kromeczce weki i coś na smuteczek? Po kieliszeczku albo przynajmniej po halbce, a do tego tatarek? - ponawia pytanie.

Kelnerzy są jak dzieci lub osoby zajmujące się nimi zawodowo. Zdrabniają prawie wszystko. Mówią "wódeczka", "kawusia", "pieniążki" i "rachuneczek". Czasem wygląda, jakby siłą powstrzymywali się, by nie stanąć obok jedzącego gościa i nie komentować każdego kęsa radosnym "amci, amci, ama, ama" lub "otwórz garaż, jeszcze troszkę papu za tatusia". Pan Franciszek też zdrabnia. I jest zupełnie inny niż nasz pierwszy kelnerski guru, pierwszy w naszym dorosłym życiu zaprzyjaźniony ober (bo przecież nie mogą się liczyć panie w strojach ludowych podające w kawiarni "U Zalipianek"), pamiętny Neandertal z "Cracovii".

Posiadanie zaufanego kelnera jest dla młodych ludzi rzeczą równie pożądaną jak odbycie inicjacji seksualnej lub sprawdzenie skutków nikotynizmu, lecz zarazem najtrudniejszą do spełnienia. Nam udało się to grubo po osiągnięciu prawem pisanej pełnoletności. Korzystając z nawisu inflacyjnego, nicości peerelowskiej złotówki i posiadania skromnej liczby dolarów zarobionych w czasie wakacji na skandynawskich polach i w zachodnioniemieckich fabrykach, chodziliśmy często do "Cracovii", wówczas najwykwintniejszego lokalu w mieście. Obsługiwał nas tam starszy mężczyzna, którego z racji charakterystycznych cech fizycznych nazwaliśmy Neandertalem. Rytuał ustalił się już po kilku wizytach. Jeśli byliśmy w towarzystwie kobiet, Neandertal szarmancko pytał się: "Czy panie będą wódeczkę?". Przy deserach, choć nie cierpimy lodów, nieodmiennie wypowiadał sakramentalna formułę: "To ile tych melbów będzie?". Z najwyższą rozkoszą prosiliśmy o jedzeniowe szlagiery tamtych czasów: potrawę krowoderskich zuchów oraz potrawę rajców miejskich, wiedząc, że Neandertal powtórzy zamówienie jako "potrawę z krowoderskich brzuchów" oraz "potrawę zdrajców miejskich". Nić, a właściwie okrętowa lina przyjaźni zadzierżgnęła się ostatecznie, gdy awanturujących się o rolady po obywatelsku, chciano nas usunąć z lokalu. Wówczas Neandertal wypowiedział wzruszającą, do dziś brzmiącą nam w uszach kwestię. Zasłoniwszy nas ciałem, prawie wykrzyknął: "Panie kierowniku, przecież ja ich znam od dziecka". My też mieliśmy i mamy nadal takie wrażenie. Wiek emerytalny usunął Neandertala z naszego życia. Teraz pewnie karmi wnuki, podając im grysiczek na mleczku. Jego miejsce nieodwołalnie zajął Pan Franciszek.

  Pan Franciszek też zdrabnia, ale poza tym zdecydowanie się różni od Neandertala. Jak tylko może, nie używa ogólnopolskiego języka. Potrafi powiedzieć coś tak dla przyjezdnych dziwnego, że przy stołach zalega pełna niepokoju cisza. "Dziś na polu jest zimno i pada" - wtrąca, gdy chce polecić akurat coś rozgrzewającego. Bardziej bystrzy klienci próbują nawiązać grzecznie do "pola", mówiąc o plonach z hektara i bezwzględnych atakach stonki, co z kolei budzi odrazę u Pana Franciszka. "Pole" dla niego nie jest obszarem do zaorania, a po prostu wszystkim, co znajduje się po drugiej stronie drzwi wejściowych. Panu Franciszkowi nie przejdzie przez gardło zdanie: "Na dworze jest brzydko". Dwór bowiem to budynek i kropka. Protestującym mówi: "My mieszkamy we dworach, z których wychodzimy na pole, a was czasem z pola wpuszczają do dworu, taka jest różnica"
 

Robert Makłowicz, Stanisław Mancewicz

wydawca: ZNAK
ilość stron: 200
oprawa: twarda 
wymiar: 155 × 233 mm
cena: 38 zł

 

 

Sklep
Copyright © 2013 Robert Makłowicz All Rights Reserved.
Projekt graficzny, ilustracje: Andrzej Zaręba
Projekt UX i wdrożenie: ME & MY FRIENDS